Valparaiso i plaże

Valparaiso i plaże

Do Valparaiso dotarliśmy późno, po 22:00, ale wiedzieliśmy już gdzie iść! Mirek i Edyta zainstalowali się w hostelu La Cuchita w samym centrum miasta, więc postanowiliśmy do nich dołączyć. Nocą Valparaiso wyglądało niesamowicie za sprawą rozświetlonych wzgórz górujących nad miastem i kolorowych malowideł na ścianach budynków. Chociaż Patro przyznał, że czuje się nieco nieswojo. Na ulicach było sporo bezdomnych osób.
Przy wejściu do banku spał ktoś przykryty po czubek głowy, wystawała tylko stopa. Zatrzymała się przy nim energicznie idąca kobieta w średnim wieku i byliśmy pewni, że zaraz go przegoni albo zawoła stojącego na przecznicy policjanta. Pani natomiast przykryła stopę kocem i poszła dalej 🙂 Odnaleźliśmy La Cuchitę, choć nie było tak łatwo. Hostelik miał najmniejsze wejście na świecie i sprytny systemem otwierania drzwi wejściowych ze szczytu klatki schodowej 🙂
Dostaliśmy pokój na poddaszu (czyli jak w domu :)), a piętro niżej odnaleźliśmy znajomych. Wieczór skończył się posiadówą przy Pisco Sour (trunek uwielbiany w Chile, choć pochodzący z Peru), która nieco wyrwała się spod kontroli 🙂
Kolejny dzień rozpoczął się spacerem po Valparaiso z przewodnikiem Free Walking Tour. Historia miejsca i jego architektura jest bardzo ciekawa. Miasto było najważniejszym portem na zachodnim brzegu Ameryki Południowej, aż do wybudowania kanału panamskiego. Wiele budynków zbudowanych zostało na planie statku, a wszystkie domy pomalowane są na odznaczające się, charakterystyczne kolory, aby każdy marynarz i rybak mógł rozpoznać z daleka swój dom. Wciąż widać świetność miasteczka, mimo że jest bardzo zaniedbane. Średnia klasa wyniosła się z Valparaiso głównie do pobliskiego Vina del Mar i miasto stało się ostoją bohemy, co widać w niesamowicie rozwiniętej sztuce ulicznej, imponujących muralach. To najbardziej kolorowe miasto, jakie widzieliśmy w życiu. W dodatku przepięknie położone na ponad 42 wzgórzach. Prawie dwa lata temu burmistrzem miasta został 30-letni lewicowy polityk Jorge Sharp, który rozbudził wśród mieszkańców ogromne nadzieje na poprawę wizerunku Valparaiso i warunków życia w mieście.
Region Valparaiso, zresztą tak jak i całe Chile, boryka się z ogromną przepaścią między biednymi i bogatymi. Najbardziej jest to widoczne w przyplażowych miejscowościach na północ od Valparaiso. Piękne plaże i spoglądające na nie ogromne, nowoczesne wille, np. w Zapallar (gdzie nie uraczysz campingu), graniczą z miejcowościami, w których nawet centrum jest pełne ruderek i brudnych podwórek, z budynków mieszkalnych wychodzą kozy, kury, na podwórkach nie ma ani centymetra trawy, a plaże (opatrzone znakiem "Tu można się kąpać") są przemysłowe, z kominami w tle, śmieciami, kamieniami w piasku i brudną wodą (np. Ventanas).
Są też plaże wyjątkowo piękne: w Zapallar, Cachagua (na plaży Las Cujas rozpoczyna się przepięknie położona kamienna ścieżka, ok. 3-4 km nad brzegiem oceanu, gdzie można wchodzić na wysunięte w głąb wody skały, podziwiać lazurową wodę i latające stada pelikanów), Montecillar, plaża w głębi wybrzeża El Horcon (piękna plaża nudystów w pobliżu Cueva de Pirata), bardzo mała, ale wyjątkowo urodziwa plaża Cau Cau, do której schodzi się stromym tunelem z prowizorycznie skonstruowanymi schodami (nocą trudno wejść).
Ventanas i samą wioskę El Horcon można sobie podarować, chociaż w El Horcon, na typowo rybackim wybrzeżu, sprzedają świeże, ledwo złowione ryby, oprawiając je na oczach kupującego. Można zobaczyć z bliska wiele interesujących gatunków ryb.
Zwiedzanie plaż rozpoczęliśmy od Zapallar. Dotarliśmy tam po południu, bo tyle zajęło nam zorientowanie się w organizacji lokalnego transportu miejskiego w Valparaiso. Autobusy krótkodystansowe zatrzymywały się na środku ulicy, w nieoznaczonym punkcie. Lokalni oczywiście dokładnie wiedzieli gdzie, ale dla nas był to niepojęty chaos. W miejscu, gdzie się ustawiliśmy, autobusów krążyło mnóstwo, ludzie wysiadali i wsiadali, czasami podczas jazdy. Huk, hałas głośnych silników, klaksony, krzyki, pisk opon. A autobusu do Zapallar brak. W końcu po godzinie, kiedy zaczęliśmy tracić nadzieję i zapadać na mizofonię, pojawił się na horyzoncie właściwy pojazd, a gdy z niego wysiedliśmy uderzyła nas cisza, czystość i elegancja wymuskanej okolicy.
Przeszliśmy kawałek z plecakami, aby dotrzeć do małej, rajskiej plaży. Cała miejsowość była wszytskim tym, czym Valparaiso nie było. Tu królował spokój, zrelaksowani ludzie, wypielęgnowane domy i ogrody, parki, palmy i niebiańska plaża, ktorej piękno dodatkowo podkreślało zachodzące powoli słońce. Moglibyśmy rozkoszować się widokiem przez kilka godzin, gdyby nie to, że nadchodził zmrok, a my nie mieliśmy gdzie spać. Gdy szliśmy na plażę, podbiegł do nas chłopak. Widząc, że mamy ze sobą namiot, zapytał, czy nie wiemy, gdzie jest camping. Nie wiedzieliśmy i nie przypuszczaliśmy jeszcze, że noclegi tutaj są aż tak drogie. Plażowa kafejka nie udostępniała internetu. Patro jakimś cudem złapał sygnał i udało się otworzyć pierwszą stronę booking.com, gdzie była całkiem znośna oferta noclegu, ale ok. 15 km stąd i opłacalna tylko dla większej ilości osób. A wiedzieliśmy już, że nasz przelotny znajomy ma auto. Patro, łamanym espańskim, przekonał naszego nowego znajomego - Juaquina i jego dziewczynę - Lucię, abyśmy wspólnie wynajęli pokój.
Oboje byli z Argentyny i w Chile spędzali swój urlop. Pojechaliśmy więc wszyscy do małej mieścinki. Oferta była aktualna, Juaquin postarał się, aby cena nie była wyższa niż na bookingu. Potem pojechaliśmy do sklepu po jedzonko i trunki. Przyrządziliśmy kolację i spędziliśmy naprawdę fajny wieczór, mówiąc znów łamańcem hiszpańsko-angielskim.
To właśnie od nich dowiedzieliśmy się o pięknej plaży Las Cujas w Cachagua i skalnym spacerze. Rano tam nas właśnie odwieźli. Spędziliśmy tam cały dzień.
W kolejne dwie noce (w Montecillo i El Horcon) zanocowaliśmy na campingach. Wysoki sezon się skończył, w dodatku zaczynał się Wielki Tydzień i ciężko było znaleźć czynne pole namiotowe. W Montecillo poszło w miarę gładko. Zarządca nawet dał nam niższą cenę, gdy się dowiedział, że nie jesteśmy z Estados Unidos 🙂 W Horcon zapłaciliśmy tyle, ile za hostel, ale za to byliśmy bardzo blisko plaży Cau Cau. Aby opuścić plażowy raj, musieliśmy wrócić do Valparaiso, a stamtąd do Santiago. Ze stolicy, po dłuższym namyśle, ruszyliśmy do Talci.