Popayan

Popayan

Pogoda w Popayan miała zawsze ten sam schemat: upał do 16:00, a później ulewa. Patro przekonał się o tym już pierwszego dnia, gdy poszedł do pralni. Nie mieliśmy ani jednego zdatnego ciuszka, wdział więc to, co mogliśmy wyprać ręcznie – szorty – oraz to, czego nie praliśmy w pralni – kurtkę. Na gołe ciało. Wrócił nasączony jak gąbka i pomarszczony, jakby siedział w wodzie godzinami. Ulice płynęły. Strzelały pioruny i lało jak podczas oberwania chmury. Nie miał, gdzie się skryć. A wszystko przez próżność. Zamiast wrócić prosto do „domu”, skusił się na nową fryzurę. 

Kolumbijscy fryzjerzy ścinając przydługie kudełki, jednocześnie modelują zarost, wygląda to tak:

lub tak, w bardziej ekstrawaganckich odsłonach:

Na szczęście Patro tego dnia nie podchwycił fantazyjnego nastroju barbera i skończyło się półksiężycem:

Pierwszy wypad do centrum miasta po zakupy i na krótki rekonesans obiecywał wiele. Poczuliśmy, że wyszliśmy z kręgów andyjskich i jesteśmy w kraju latynoskim. Była niedziela. W centrum odbywał się targ biżuterii i wyrobów lokalnych. Miasteczko tętniło muzyką i życiem, a sklepy wabiły nowymi produktami i tanią wodą kokosową.

Budynki przy głównym placu miasta, czyli dookoła Parku Caldas - miejsca tak starego jak samo miasto (1537), miłego i strasznego zarazem (przez ponad dwa wieki ścinano tu głowy) – tak jak wszystkie zabytkowe kamienice w Popayan, były białe. Ale na głównym skwerze biel okraszono wielkimi kolorowymi kleksami. Dowiedzieliśmy, że w całym kraju odbywają się protesty studentów przeciw sprywatyzowaniu uczelni wyższych. Te fantazyjne plamy, wyglądające jak okrzyk radości, były dziełem gniewu studentów Popayan. W innych miastach, szczególnie w Bogocie, sprawy zaszły znacznie dalej.

Popayan z racji koloru kolonialnej zabudowy znane jest jako białe miasto (La Ciudad Blanca), ze względu na najdłuższą kulturę akademicką w kraju - jako   miasto studenckie, a przez mnogość kościołów i rozbudowane obrzędy katolickie - jako religijna stolica kraju. Tutaj znajduje się najstarszy, założony w 1827 roku, Universidad del Cauca i ponad 30 kościołów (w samej historycznej części miasta). Co roku w  miasteczku organizowany jest też wpisany przez Unesco na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości wielkotygodniowy pochód, trwający od Wielkiego Wtorku do Wielkiej Soboty.

Starówka Popayan jest najlepiej zachowanym kolonialnym centrum  w Kolumbii. Jej biały kolor to rezultat walki z chorobą, która dręczyła chodzących boso mieszkańców przez dziesiątki lat. Chorobę – tungiozę – przenosi mała pisakowa pchła tropikalna (nigua). Tungioza objawia się owrzodzeniem ciała, świądem, a w ciężkich przypadkach doprowadza do tężca i kończy się śmiercią. Mieszkańcy miasta, chcąc ulżyć swemu cierpieniu, drapali się o mury kamienic, rozprzestrzeniając chorobę i niszcząc elewację budynków. W XVIII wieku odkryto, że z objawami dobrze radzi sobie kreda i zawarty w niej wapń. Pomalowano więc wszystkie budynki wapnem kredowym. Domy dodatkowo wzmocniono kamiennymi "drapakami", by drapanie nie odbywało się na całej długości elewacji, a w wyznaczonych i łatwo dostępnych miejscach.

Tę  urzekającą historię poznaliśmy podczas Free Walking Tour. Z pierwszej wycieczki po mieście zrezygnowaliśmy - nie było w czym wyjść, nasze buty nadal się suszyły. Patro chodził w klapkach, a wycieczka tego dnia okazała się prowadzić na pobliskie wzgórze nazywane El Morro del Tulcan - obiekt archeologiczny z VI wieku n.e., kryjący ciała rdzennych, przedkolonialnych mieszkańców tej ziemi, trumfalnie zwieńczony pomnikiem Sebastiana de Belalcazara, hiszpańskiego założyciela miasta. Beztroski przewodnik powiedział, że spokojnie damy radę wspiąć się w klapkach, ale biorąc pod uwagę ulewę ostatniego wieczoru, szczerze w to wątpiliśmy. Patro niechybnie utonąłby w najmniejszym błotku i wrócił  bez klapek (paragwajskich! Cóż by to była za strata!). Odpuściliśmy spacerek, a nazajutrz wyszliśmy na zorganizowaną wycieczkę po mieście. Spotkaliśmy tam parę Holendrów, która wczoraj uczestniczyła w spacerze na wzgórze. Mówili, że brnęli w błocie po kostki.

Wzgórze – piramida El Morro del Tulcan na zawsze pozostało dla nas niezdobyte. Codziennie w godzinach popołudniowych nosiliśmy się z zamiarem wejścia na zielony pagór, bo tylko wtedy można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: odwiedzić obiekt i zobaczyć panoramę Popayan w pięknym świetle zachodzącego słońca. Około 15:00, czasami wcześniej, ale zawsze wtedy, gdy szykowaliśmy kopytka, nad miastem zawisały ciemne chmury, a o 16:00 zaczynało lać tak, jakby kończył się świat. Po kilku próbach pożegnaliśmy się z widokiem miasteczka ze wzgórza i zadowoliliśmy się widokiem wzgórza z centrum miasteczka.

Free Walking Tour w Popayan było bardzo ciekawe, ale prowadzone przez dwie studentki pierwszego roku, które odczytywały historię jak referat. Miały notatki naszpikowane datami i nazwiskami, które przytaczały bardzo szybko i które ulatywały, gdy tylko zawiesiło się na czymś na wzrok. Był obchód po kościołach (jak zawsze przesadnie wystawnych), zwiedziliśmy budynki Uniwersytetu de Cauca - najlepszej instytucji edukacyjnej w kraju, która zarządza wieloma kolonialnymi zabytkami w mieście, nie tylko na swoje potrzeby. Odwiedziliśmy też wnętrza teatralne o wyjątkowo atrakcyjnych tarasach. Dużo czasu poświęciliśmy obchodom Wielkiego Tygodnia – tradycji sięgającej 1558 roku – i organizowanym przed Wielkanocą procesjom oraz ich związkowi z drabiną społeczną. Najważniejsze role w pochodzie odgrywali członkowie najbardziej wpływowych rodów. Hierarchia społeczna wpływała na dobór osób odgrywających postaci świętych i niosących święte postaci. Walka o udział w procesji była właściwie walką o władzę. Przed każdym świętem Wielkanocy wszystkie budynki miasta odmalowywano (i odmalowuje się po dziś dzień), a sam pochód zawsze odbywa się na trasie w kształcie krzyża z przystankami w najważniejszych świątyniach miasta.

Wiele zabytków Popayan zostało zniszczonych w wyniku trzęsień ziemi. Ostatnie miało miejsce w 1983 roku. Skutków niedawnego kataklizmu nie udało się  w pełni odbudować. Ucierpiały najbardziej reprezentatywne budowle miasta – wieża La Torre del Reloj, nazywana „nosem Popayan” i jej zegar, który mimo nowego mechanizmu od tamtej pory nie działa i wciąż wskazuje godzinę kataklizmu. Zupełnie zniszczona została Catedral Basílica Nuestra Señora de la Asunción - "La Catedral" – główna świątynia miasta, którą odbudowano w zmienionej formie. Katedra znana jest na całym świecie jako miejsce przechowywania tzw. Korony Andów – najdoskonalszego dzieła sztuki złotniczej  wykonanego w Ameryce Łacińskiej. Korona powstała w darze Bogu za uratowanie populacji Popayan od szalejącej w Wicekrólestwie Peru epidemii czarnej ospy (1590). Wykonano ją z jednolitej bryły złota i 477 najpiękniejszych szmaragdów znalezionych na kontynencie. Największy z nich, 45-karatowy, pochodził ze skarbca inkaskiego króla Atahualpy (link do Cajamarci), uwięzionego przez F. Pizarro i zgładzonego po wyłudzeniu od Inków ton drogocennych kruszców. Gdy dzieło było gotowe (w 1599 roku), umieszczono je w La Catedral na głowie posągu Najświętszej Marii Panny.

Korona Andów była wielokrotnie kradziona i odzyskiwana. W 1812 roku trafiła w ręce Simona Bolivara, który przywłaszczył ją sobie, uznając, że jest właściwą nagrodą za jego zasługi. Po przegraniu dwóch bitew, zwrócił jednak drogocenność Kościołowi, upatrując w niej źródło swoich niepowodzeń. Aby zapobiec próbom kradzieży korony, rozmontowano ją na sześć części i ukryto w osobnych skrytkach. Tak dotrwała do XX wieku. Przed II wojną światową korona została sprzedana chicagowskiemu jubilerowi, później trafiła do Holandii, a następnie w  ręce anonimowego kupca. Od 2015 roku można ją podziwiać w Metropolitalnym Muzeum Sztuki w Nowym Jorku.

Istotnym zabytkiem miasteczka okazał się most, który mijaliśmy niemal codziennie, chodząc po zielone zapasy na rynek. Nazwano go Puente del Humilladero i istnieje przynajmniej kilka historii o tym, skąd wzięła się nazwa.  Puente del Humiladero dosłownie można przetłumaczyć jako „most upokarzania”. Łączył on centrum z ubogimi, północnymi dzielnicami miasta i był jedyną drogą prowadzącą na targ. Przed powstaniem mostu droga do centrum była stroma i niebezpieczna. Ludność przychodziła do miasta głównie w dni targowe, dźwigając na plecach towar na sprzedaż. Most skojarzono z upokarzaniem, gdyż bezpiecznie można go było pokonać jedynie  na czworaka.
Inna historia mówi o tym, że most otrzymał swą nazwę przez sposób, w jaki został wybudowany: morderczą pracą setek niewolników i Indian. Najbardziej mroczne opowieści w szczegółach zdają relacje z makabrycznych wydarzeń, które miały miejsce podczas budowy, jak mieszaniem krwi z piaskiem w celu umocnienia konstrukcji. Niektórzy twierdzą, że most przeznaczony był wyłącznie dla wyższych warstw społecznych, które przechodząc lub przejeżdżając przez Humilladero patrzyły z góry na biednych i niewolników poruszających się w ścisku mniejszym mostem Puentę de Custodia. 

Jedną z najbardziej wartościowych dla nas informacji zdobytych na FWT były kulinaria. Popayan, jako pierwsze miasto na świecie, w 2005 roku zdobyło  nagrodę Unesco w kategorii: gastronomia. Swoją smakowitość potrawy zawdzięczają mieszance wpływów kuchni rdzennych mieszkańców terenów, afrykańskich niewolników i kreoli, a także miksowi produktów lokalnych i importowanych z Hiszpanii. Przepisy na typowe dla regionu potrawy były przez setki lat przekazywane ustnie. Dania najbardziej dystynktywne dla regionu zostały stworzone przez niewolników. Po kulinarnych opowieściach przewodniczek poszliśmy  prosto do malutkiej restauracyjki Moras de Castillo serwującej wszystkie pysznie brzmiące przekąski, m. in.:

  • Empanadas de Pipian – empanady nadziewane ziemniakami i orzeszkami ziemnymi z domieszką  jajka, pomidorów, czosnku, cebuli dymki, czerwonej papryki przyprawione kolendrą – niekwestionowany, niezaprzeczalny nr 1 w menu i wśród empanadek świata. Pyszne, uzależniające, chrupiące pierożki, ręcemisiętrzęsąjaktopiszę, często podawane z aji de mani (pikantnym sosem z orzeszków ziemnych) MNIAM! lub z hogao (sosem z pomidorów, cebuli czosnku, przyprawionym kuminem) MNIAM!
  • Carantanta – kukurydziane  prażynki (z hogao).
  • Sancocho – zupa z kurczakiem, kukurydza i juką.
  • Tamales de pipian.
  • Ciasto z arakacznika (nazywanego także ziemniarą jadalną).
  • Salpicon Payanes: lód kruszony, morwa, psianka lulo (owoc), flaszowiec miękkociernisty (nazywany guanabaną, graviolą, a w Peru i Boliwii chirimoyą) - empanada de pipian wśród napitków! Król gaszenia pragnienia, podniebienne niebiosa orzeźwienia!
  • Champus – napój z kukurydzy, lulo, ananasa z dodatkiem melasy z trzciny cukrowej.
  • Lulada – psianka lulo z lodem.

Czas w Popayan mijał nam bardzo przyjemnie i owocnie, choć  nie korzystaliśmy z każdej dostępnej atrakcji. Czuliśmy się fantastycznie. Energia wróciła ze zdwojoną siłą, odżyliśmy na duchu, ciele, humor dopisywał nam o każdej porze dnia i nocy, w słońcu, ulewie, o pustym i pełnym brzuchu (wtedy najbardziej!). Klimat i aura wydawała się stworzona dla nas. Zastanawialiśmy się, czy to nie zasługa tego, że wyjechaliśmy z wysokich gór (Quito i Otavalo znajdowały się na wysokości ponad 2500 m n.p.m.) na komfortowe 1700 m n.p.m. w środku wiosny. Własny mały kącik i pyszne jedzonko dawało nam pełnię szczęścia, do którego naprawdę tak niewiele potrzeba. Pokój był tani, wygodny, do dyspozycji mieliśmy dwie łazienki, kuchnię z blenderem (podstawa na owocowym kontynencie!) oraz patio z hamakami tuż przy naszym pokoju, więc właściwie nasze (bo przez nas okupowane). Miksowaliśmy sobie wszystkie nowe owoce w każdej możliwej konstelacji, chodziliśmy na ryneczek po zakupy i na targowanko, zwiedzaliśmy powooooli okolice. Codziennie jedliśmy śniadanie pod parasolami piekarnio-kawiarni umiejscowionych najczęściej przy chodnikach szybkiego ruchu. Uzależniłam się od pan de yuca, które w Kolumbii smakowało jak twarde i bardziej chrupiące prażynki. Błąkaliśmy się po mieście, wchodząc w przepiękne, zielone od gąszczu patia. Czyściliśmy i suszyliśmy wszystkie rzeczy. Pierwszy raz wypraliśmy plecaki ostatni raz wietrzone w Limie, czyli jakieś 4 miesiące temu. Poczuliśmy się świeży, zwiewnie lekcy i zabójczo sprawni. Było nam tak dobrze, że chcieliśmy tu zostać na dłużej lub wrócić. Z ciekawości weszliśmy do szkoły języków obcych, by sprawdzić, czy łatwo byłoby się w takim Popayan zahaczyć. Okazało się, że bardzo. W szkole językowej wymagali tylko znajomości języka angielskiego i komunikatywności. Zrozumieliśmy, że metodyka szkoły opiera się na rozrywce zapewnianej uczniom: nie wolno zadręczać regułami gramatycznymi, zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa, język jako efekt uboczny. Im więcej akcentów tym lepiej, „przecież angielski to teraz nie tylko amerykańskie czy brytyjskie dźwięki, uczeń musi zrozumieć każdego”, posługującego się Polglishem też! Nie wiemy, jakie były efekty takiego podejścia, ale atmosfera w szkole zdecydowanie przyciągała uczniów i zachęcała do spędzania czasu wolnego w jej skromnych murach. W szkółce było ciągle tłumnie i gwarno.

Bujając się pewnego wieczoru w hamakach w hostelowym patio i słuchając odgłosów kolejnej burzy usłyszeliśmy język polski. Od słowa do słowa, skończyło się na poszukiwaniach sklepu nocnego i dwóch winach:) Aga i Michał okazali się wspaniałymi kompanami do rozmowy i czerwonego trunku. Podobny wiek, te same rozterki i brak jasnych perspektyw na przyszłość...

Rano ciężko wstawało się na trasnport do Sylvii - wioski oddalonej od Popayan o 1,5 h drogi busem. Mieliśmy pojechać rano, a z hostelu wyszliśmy przed południem. Pejzaż, który się przed nami rozciągał był jeszcze bardziej nasycony zielenią i kontrastował z  intensywnym kolorem ptaków, owoców i kwiatów. Gałęzie bujnych drzew wbijały się na drogę, tak że w busie słychać było tylko huk uderzeń. Urywane liście  drzew wpadały do środka. Za oknem nasycone barwy, zielone pagóry i gąszcz. Nigdy i nigdzie nie widziałam takich barw. Tempo busa wskazywało na to, że podróże kolumbijskie nie będą dla nas relaksem. Byłam niespokojna cała drogę, i nie tylko ja, w pewnym momencie krzyknął cały bus. Tuż przed nami niespodziewanie zatrzymała się jadąca motorem para. Kierowca busa ledwo ich ominął gwałtownym manewrem. Wszyscy myśleliśmy, że już po nich.   Ale  nic się nie stało, kierowca motoru spokojnie odebrał telefon.

Wysiedliśmy w wiosce i znowu zrobiło się  andyjsko. Ryneczek Sylvii pomału się zwijał, ale jeszcze zdążyliśmy na jedzonko i zakupy spożywcze. Szukaliśmy yerba matę, ale wszędzie proponowano nam marihuanę. Nawet babcię w tradycyjnych strojach. Turyści muszą przychodzić tu w jednym celu. Yerba, czyli po hiszpańsku zioło, w Kolumbii potocznie znaczy to samo, co w Polsce.

Sylvia to wioska zamieszkana przez Guambianos - grupę etniczną, posługująca się swoim własnym językiem o tej samej nazwie. Guambianos odróżniają się od innych mieszkańców charakterystycznymi strojami: niebieskie szale, prostokątne poncha i ciemne kapelusze o melonikowatym kształcie. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, noszą spódnice i długie warkocze. Kobiety zazwyczaj  ubierają czarne, długie kiecki i sandały. Spódnice mężczyzn wyglądają jak wąski sarong, są granatowe i częściej idą w parze z kamaszami za kostkę.

W miasteczku jest mnóstwo bardzo dobrych piekarni i niedrogich restauracji, ale my posililiśmy się na ryneczku. I to jak! Zjedliśmy 20 empanadek de pipian, 2 arepy, a Patro poprawił to wszystko chorizo. W wyniku niekontrolowanego obżarstwa podróż do Popayan przespaliśmy, co jakiś czas budząc się z głowami na przednich siedzeniach – było ostre hamowanko, na szczęście bez większego wpływu na proces trawienia.

Po 5 dniach spędzonych w Popayan, w jednym z najwygodniejszych hosteli na naszej trasie, postanowiliśmy ruszyć do Cali. Nie opuszczało nas coraz lepsze samopoczucie. Pierwsze dni w Kolumbii obiecywały wiele.