Zielone Tortel i ucieczka do Cochrane

Zielone Tortel i ucieczka do Cochrane

Czekaliśmy rano na autobus z Cerro Castillo do Cochrane, który miał przyjechać około 11:30. Los chciał, że obok przystanku były światła, przy których siłą rzeczy zatrzymywały się wszystkie samochody zmierzające do Cochrane i dalej.

Jeden z nich zatrzymał się tuż przy nas. Kierowca wychylił się i zapytał dokąd jedziemy. Okazało się, że w tym samym kierunku. On jechał nieco dalej, do miejscowości, którą też mieliśmy w planach. Zdecydowaliśmy, że jedziemy z nim do końca - do Tortel. Jak tylko wsiedliśmy, poraził nas zapach marihuany. Po przejechaniu 500 m kierowca zapytał nas czy palimy i dodał, że on pali od 15 lat. Jest kierowcą ciężarówki i bez jointów nie przetrwałby tras. Poczułam, że muszę zapiąć pasy. Po drodze trochę rzucało autem i nie wiedziałam, czy to wina stanu kierowcy czy stanu dróg. Trasa była cuuuudna!!!! 

I trochę śmieszna. Próbowaliśmy się z tym spalonym gościem porozumieć w naszym ułomnym hiszpańskim. Po drodze zatrzymywaliśmy się w wielu miejscach: przy restauracji w Puerto Tranquilo, w sklepie, przy punkcie widokowym, przy samochodzie spotkanych na trasie kumpli, w Cochrane u znajomych...

Do Tortel dojechaliśmy w ciemnościach, ok. 21:00. Wjechaliśmy na zatłoczony, okrągły parking pełen samochodów i ludzi z ogromnymi bagażami. Później okazało się, że czekali na spóźniony prom do Puerto Natales. Wyszliśmy z auta i skierowaliśmy się w stronę drewnianych podestów, które w Tortel pełnią funkcje chodników. Nasz kierowca wskazał nam dobre miejsce na nocleg i zniknął za drzwiami jednego z wielu drewnianych domków. Było bardzo ciemno, mokro i ślisko. Wskazane lokum okazało się pozbawione ciepłej wody, tuptaliśmy więc powoli dalej, trzymając się poręczy. Po drodze zrobiliśmy drobne zakupy w pustym i zamkniętym na pierwszy rzut oka sklepie. Zadzwoniliśmy dzwonkiem umieszczonym przy drzwiach sklepu i poczekaliśmy chwilę na panią ekspedientkę, która przydreptała ze swojego domku, aby podać nam coś z półki. Wiele nie było. Zdecydowaliśmy się na jajka i ciastka i poszliśmy szukać noclegu. Po kilku krokach spotkaliśmy bruneta wieczorową porą, który wskazał nam najbliższe hospedaje. Zapukaliśmy w okienko wskazanego domku i po chwili wyjrzała przez nie pani w sile wieku, życząc sobie 10 tys pesos za osobę. Nie najgorzej jak na chilijską Patagonię. Standard. Weszliśmy obejrzeć wnętrza. O wi-fi można było zapomnieć, pytaliśmy tylko o ciepłą wodę i kuchnię. Były. Zostaliśmy.

I zaczęło być dziwnie. Właścicielka noclegowni, będącej zarazem jej domem, zaprosiła mnie do kuchni, aby pokazać jak wszystko działa. W kuchni był również jej mąż. Zapytał skąd jesteśmy i na moją odpowiedź, że z Polski odparł "Aaaa, wieeem, to w Stanach Zjednoczonych". Sprostowania, że w Europie nie przyjął. Gdy ogrzewałam dłonie przy kaflowym piecu, zostałam wzięta w krzyżowy ogień pytań: dokąd jedziemy, dlaczego, po co, jak chcemy się tam dostać, dlaczego w ogóle przyjechaliśmy do Tortel i po co o tej porze roku. Na moje pytania o drogę otrzymałam szybką odpowiedź: autobusów nie ma do końcu tygodnia, informacja turystyczna jest zamknięta, a łódki już nie pływają. Musimy zostać w Tortel. Po czym nastąpił złowieszczy śmiech kobiety w sile wieku. Zanim się zorientowałam drzwi do kuchni były zamknięte na skobelek... Poczułam się klaustrofobicznie nieswojo. Powiedziałam (ujmując w okrągłe zdania to, co wybąkałam po hiszpańsku), że w obliczu tylu złych wiadomości muszę porozmawiać z Patro, więc chciałabym wyjść. Pani odsunęła się od drzwi, a ja podniosłam skobelek i poszłam do pokoju.

Patro w tym czasie już się zorientował jak zimno jest w wynajętej nam komnacie. Rozmawialiśmy przez chwilę o tym co usłyszałam, a w tym czasie gościnni gospodarze stanęli w drzwiach naszego pokoju, patrząc na nas podejrzliwie, przysłuchując się wnikliwie każdemu słowu i zaglądając do pokoju, jakby nie znali własnych wnętrz i wszystko ich w nich dziwiło. Zdecydowaliśmy, że nie mamy wyboru, zostajemy na noc, a jutro ewakuacja. Poszliśmy do kuchni zrobić kolację.

Pana już nie było, była natomiast gospodyni z córką. Zaczął się kolejny wir pytań: czy jesteśmy małżeństwem, czy znajomymi, ile się znamy, czy mamy dzieci, dlaczego nie, czy chcemy. Dowiedzieliśmy się, że pani urodziła swoją córkę mając lat 16, a ta swojego syna mając lat 14, że w pokoju obok nocuje Japończyk (odetchnęliśmy z ulgą), który nie mówi w żadnym innym języku poza japońskim i nie umie posługiwać się kuchnią, bo wszystko przypala. I że turyści są okropni, bo przyjeżdzają i chcą tylko prać swoje ubrania (w toalecie było mnóstwo znaków NIE PRAĆ). Poza tym w kółko stara śpiewka: autobus odjeżdża raz w tygodniu, informacja turystyczna jest zamknięta, łódki już nie pływają. Patrząc na naszą skromną kolację (ryż i jajko sadzone) pani zapytała czy smaczne, kręcąc głową z dezaprobatą 😀 Nie mogliśmy się już powstrzymać od śmiechu. A gospodyni wciąż nie opuszczała nas na krok. Obserwowała dokładnie każdy nasz ruch, podchodząc bliżej, gdy coś ją zaciekawiło. A ciekawiło ją wszystko. Najbardziej zmywanie garów, bo stała tuż za naszymi plecami i przyglądała się każdemu naszemu ruchowi. Poszliśmy w końcu do pokoju się wyśmiać.

Po dwóch małych piwach zachowanych na czarną godzinę (która, jak uznaliśmy wspólnie, chyba nadeszła) i ciepłym (alleluja!) prysznicu w mikro wannie zamknęliśmy drzwi na skobel, wpełzliśmy pod 4 ciężkie koce i zasnęliśmy ukojeni odgłosem chrapiącego za ścianą towarzysza niedoli, ciesząc się, że nie jesteśmy tu sami.

W nocy było zimno. W Tortel jest dużo zimniej niż wszędzie dookoła, głównie przez ogromną wilgotność i wysokie góry, otaczające wioskę z trzech stron - słońce dochodzi tam późno i szybko zmyka. My też chcieliśmy. Ale nie było to łatwe.

Rano nie mogliśmy wyjść z łóżka przez ziąb panujący w pokoju. Jedynym wyjściem był szybki bieg do ciepłej kuchni. W kuchni nie dość, że było cieplutko, to jeszcze śniadał tam nasz towarzysz niedoli (pod czujnym okiem gospodarza), który okazał się Chińczykiem, a nie Japończykiem i mówił doskonale po angielsku. W pierwszych słowach ostrzegł nas, abyśmy nie wierzyli lokalnym. Spędził tu dwa dni więcej niż my i odczuł na własnej skórze, że mieszkańcy nie są zbyt przyjaźni.

Hu, bo tak się nazywał nasz nowy znajomy, okazał się kolejnym formy pozazdroszczenia emerytem. Nie mogliśmy uwierzyć, że ma 61 lat! Byliśmy pewni, że nie więcej niż 45. Wracał z Villa O'Higgins, czyli stamtąd, dokąd my zmierzaliśmy. Powiedział, że wbrew zapewnieniom naszych hostów łódki pływają, tylko nieregularnie, ze względu na pogodę i niesłowność operatorów. Zazwyczaj trzeba poczekać kilka dni. Odżyła w nas nadzieja.

Wymieniliśmy się informacjami z Hu, zaznaczając rekomendacje na mapach i wyszło na jaw, że nasza mapa ma błędy! Według niej Tortel znajduje się na Carreteri Austral, a tak naprawdę miasteczko dzieli od Carreteri 26 kilometrowa ślepa droga, którą wybudowano 10 lat temu. Wcześniej miasteczko było osiągalne jedynie drogą wodną, co bardzo tłumaczy mentalność mieszkańców. Umówiliśmy się z Hu, że spotkamy się na jedynym wybrukowanym placu w miasteczku, czyli parkingu, gdzie zaczyna się droga wyjazdowa (i wjazdowa) z Tortel, i wspólnie autostopem, bądź autobusem, ruszymy dalej. Chcieliśmy obejrzeć miasteczko w całości, bo w nocy nie mieliśmy okazji.

Tortel jest osadą, w której wszystkie ścieżki są drewnianymi podestami. Droga kończy się wraz z początkiem miasta. Dom od domu odgradza wąski podest lub kilka drewnianych schodków.

Mimo, że jesień w Patagonii zmieniła krajobraz w paletę wszystkich możliwych barw, ze zdecydowaną przewagą czerwieni, w Tortel wszystko dookoła było wciąż soczyście zielone. Zielona była też woda w zatoce. Mimo, że zieleń zazwyczaj wzbudza w nas pozytywne emocje, w Tortel jedynie wzmagała uczucie wszechogarniającej wilgotności. Brak ulic, bliskość gór z jednej strony i wody z drugiej, sprawiały, że czuliśmy się dziwnie osaczeni. Brakowało powietrza i przestrzeni. Myśleliśmy tylko o tym, aby jak najszybciej stamtąd wyjechać. Na okrągłym parkingu, gdzie siłą rzeczy muszą zaparkować wszystkie auta, tego dnia w ogóle nie było ruchu. Nikt nie wyjeżdżał, prawie nikt nie wjeżdżał.

Mieliśmy wybór: albo zostać jeszcze jeden dzień i jechać jutrzejszym autobusem do rozstaju dróg, gdzie (prawdopodobnie) udałoby się złapać jadący z Cochrane autobus do Villi O'Higgins, albo razem z Hu jechać do Cochrane autobusem o 15:00, a stamtąd bezpośrednio do Villi O'Higgins. Postanowiliśmy udać się do Cochrane - wszystko, by nie wdychać już tortelowskiej wilgotności. Poza tym informacja turystyczna w Tortel (jednak otwarta) nie budziła zaufania i była kolejnym dziwnym doświadczeniem w tym miejscu. Nie mieliśmy pewności, czy jutrzejszy poranny autobus w ogóle wyruszy w trasę. Co jeśli utkniemy w Tortel na dłużej? Brrrrr! Przemierzaliśmy więc po raz drugi ten sam odcinek Carreteri Austral, tylko po to, aby następnego dnia znowu nim ruszyć. Kierowca busa serwował nam głośny południowoamerykański folk, który raz wrzynał się wysokimi tonami w mózg, a raz cieszył, bo znaliśmy, a nawet lubiliśmy już niektóre kawałki 🙂

W Cochrane spędziliśmy z Hu bardzo miły wieczór, gotując, rozmawiając o kuchni chińskiej, jego przygodach w podróży (miał wypadek na barce z Puerto Natales do Tortel).

Podróże były dla Hu sposobem na wykorzystanie wolnego czasu. Pracował całe życie w banku w Pekinie. Wcześniej też podróżował, ale dopiero teraz mógł sobie pozwolić na 6-miesięczne wypady. Jego forma jest naprawę do pozazdroszczenia. Jako 61-latek wciąż korzysta z możliwości uprawiania sportów ekstremalnym, jak np. rafting. W wieku 55 lat zdobył Aconcaguę. Wszędzie jeździ sam.

Tego samego dnia w informacji turystycznej w Cochrane dowiedzieliśmy się, że w sobotę 28.04, czyli za 3 dni, odpływa ostatnia łódka, którą można przekroczyć najpiękniejsze przejście graniczne Chile - Argentyna i dotrzeć do El Chalten. 30.04 zamykają granicę i aż do wiosny nikt nie będzie mógł się tamtędy przedostać. Odżyła w nas nadzieja, że jednak nasz plan wypali! I że te wszystkie pesymistyczne wiadomości, które dostaliśmy w Tortel się nie sprawdzą. Choć nie mieliśmy pewności, że informacje są prawdziwe i że warunki pogodowe pozwolą na ostatni rejs, postanowiliśmy jeszcze raz spróbować poprowadzić nasz plan do końca. Rano ruszyliśmy znaną nam trasą po raz trzeci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *