Salkantay trek, czyli jak doświadczyć wszystkich pór roku w 3 dni

Salkantay trek, czyli jak doświadczyć wszystkich pór roku w 3 dni

Pierwszym etapem wyrwania się z Cusco w naturę był dojazd do Mallepaty. Zabrał nam niemal pół dnia. Stamtąd trufi przedostaliśmy się do Soraypampy - żaden bus już o tej porze niestety nie jeździł. W Soraypampie nocują wszystkie grupy wybierające się na Salkantay. Zatrzymują się tutaj, by wspiąć się do Laguny Humantaycocha.

Około 13:00, gdy wszyscy schodzili, my dopiero zaczynaliśmy wspinaczkę. Zostawiliśmy plecaki w chałupce obok campingu, ale mimo braku obciążenia trochę się naharowaliśmy. Trzeba było wspiąć się na ponad 4 tys. m n.p.m.

Wdrapaliśmy się do laguny i ujrzeliśmy piękną wodę o szmaragdowym kolorze, otoczoną śnieżnymi szczytami, a także nasze cienie (i to po raz drugi na tym kontynencie!), czyli parę młodych studentów z Hiszpanii poznaną na Islandii. Nie mogliśmy uwierzyć w kolejny zbieg okoliczności. Tym razem wymieniliśmy się numerami telefonów, obopólnie uznając, że los chce, byśmy pozostali w kontakcie. Pewnie niedługo znowu się spotkamy, gdzieś w Europie, bo Cienie powoli kończyły podróż i wracały na ostatni rok studiów.

Gdy zeszliśmy na camping, było już dużo chłodniej. Grupy rozbijały swój obóz. Perspektywa spania namiot w namiot z dużą ilością osób nie cieszyła, postanowiliśmy więc podejść kawałek dalej i zanocować na wysokości 4200 m n.p.m.

Pierwszy camping, który napotkaliśmy był nieco zatłoczony, miał za to chroniące przed wiatrem ogrodzenie, a właściwie ustawiony z kamieni mur. Słońce zniknęło za szczytami i zaczął wiać bardzo zimny, mroźny wiatr. Poczułam, że kostnieją mi dłonie.

Przechodząc obok pola namiotowego zauważyliśmy grupę rdzennych mieszkańców: kilku mężczyzn, kobiety i dzieci. Siedzieli na ziemi, pod murem, ciasno zbici w grupę, tuląc się do siebie nawzajem. Byli nakryci kocami i nieprzemakalną plandeką. Wyglądało na to, że zamierzają tak spędzić noc...

Drugi camping na trasie nie wyglądał zachęcająco. Namioty rozłożone były w zupełnie losowym miejscu, niczym nie osłonięte od wiatru, pośrodku niczego i daleko od szlaku. Mimo wszystko zapytaliśmy człowieka krzątającęgo się między namiotami a końmi, czy możemy się rozbić nieopodal. Zażyczył sobie 15 soli. Mieliśmy wrażenie, że był przewodnikiem grupy, a nie właścicielem ziemi. Poza tym był nieco opryskliwy. Podziękowaliśmy i poszliśmy do grupy nr 3. Ta znajdowała się najwyżej i przy samym szlaku. Byli bardzo mili i rozmowni. Pomogli nam nawet rozbić namiot, co przy ostrym, silnym wietrze było trudne nawet we czwórkę. Nie mieliśmy do końca pewności, czy tropik złoży się z naszym namiotem, ale wyszło całkiem nieźle, tylko trochę przylegał.

Noc była zimna. Cieszyliśmy się, że wypożyczyliśmy śpiwory chroniące przed minusową temperaturą. Nie zmarzliśmy, ale odczuliśmy chłód.

Wstaliśmy o 5:00 rano, jeszcze przed wszystkimi. Gdy skończyliśmy składać namiot obudzili się kucharze i mężczyźni zajmujący się mułami. Słońce właśnie wstawało, więc mimo chłodu było bardzo przyjemnie. Trawa wokół pokryta była szronem. Wdzialiśmy wszystkie warstwy i zaczęliśmy wspinaczkę, co jakiś czas odwracając się, by sprawdzić, jak zmieniają się barwy nieba. Wchodziliśmy coraz wyżej, więc szron nie ustępował mimo wschodu słońca. Kałuże i małe laguny zamarzały. Ale było zjawiskowo pięknie: cisza, wokół tylko wiskacze, a przed nami dwie ogromne góry - Salkantay i Humantay - całkowicie pokryte lodem i śniegiem sześciotysięczniki.

Wejście na najwyższy punkt - 4629 metrów n.p.m. - był mozolny. Mocno odczuliśmy wysokość. Trek powyżej 4 tys. m n.p.m. dostarcza dziwnych doznań - czujesz się bardzo zmęczony, brakuje tchu i choć chciałbyś, bo zimno, nie możesz iść szybciej. Nie możesz się też nasycić powietrzem, najchętniej byś je pożarł, wchłonął przez wszystkie możliwe pory i zamknął. Ale stać cię tylko na szybki, płytki oddech.

Powoli, krok za krokiem wspinaliśmy się w kierunku przełęczy. Plecaki i wszystko co mieliśmy na sobie nie pozwalało wykonywać zwinnych jak zawsze ruchów. Sunęliśmy w zwolnionym tempie. Na szczycie spotkaliśmy trójkę dzieci i psa, na oko 12, 7, 5 i 2 lata, przechodzących ochoczo przez góry bez najmniejszej zadyszki...

Gdy pokonaliśmy przełęcz i zaczęliśmy schodzić z góry, w końcu poczuliśmy się dotlenieni. Dopiero wtedy przypomnieliśmy sobie, jak bardzo jesteśmy głodni. Ale śniadanie chcieliśmy zjeść wygodnie, czyli na płaskiej skałce i w promieniach słonecznych. Przy pierwszym intensywnym słońcu ściągnęliśmy warstwy i zjedliśmy wypasioną owsiankę z figami, orzeszkami i macą - peruwiańskim proszkiem korzennym o wielu odżywczych zaletach. Mijały nas schodzące w dół stada mułów i ich "opiekuni". Ruszyliśmy za nimi, by jeszcze chwilę popatrzeć na ten piękny obraz i wkrótce doszliśmy do kolejnego campingu. 

Ściągaliśmy kolejne warstwy, bo słońce przygrzewało niewiarygodnie z punktu widzenia chłodu ostatniej nocy i mroźnego podmuchu poranka. Przy kampingu zagaił nas Patrick - młody Amerykanin podróżujący samotnie po Peru i przemierzający szlak Salkantay, tak jak my, na własną rękę. Kontynuowaliśmy wędrówkę razem przez cały dzień. Opowiadał, że ciągle dopadają go zatrucia pokarmowe. To ciekawe, bo nas jeszcze nic nie zaatakowało. Chociaż był w podróży od dwóch tygodni, marzył już o cheeseburgerze 🙂

W okolicy campingu zauważyliśmy, jak wszystko się nagle zazieleniło, ale dwa kilometry dalej nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Musieliśmy sciągnąć wszystko, aż do podkoszulka, bo palił nas żar tropików. Roślinność była niewiarygodnie bujna. Nagle wyrosły palmy, a całe wzgórza oddychały gęstymi drzewami. Wszystko dookoła wyglądało egzotycznie. Mieliśmy wrażenie, że w ciągu kilku godzin przeskoczyliśmy dwie pory roku i setki kilometrów. Atakowały nas muszki, więc co godzinę smarowaliśmy się specyfikami na paskudztwa, a i tak nie uchroniliśmy się przed ukąszeniami. Nie mieliśmy wątpliwości, że znaleźliśmy się w salvie alto, czyli w dżungli wysokiej.

Do zaplanowanego na cały dzień punktu końcowego trasy doszliśmy o godzinie 11:00. Zbyt wcześnie by zostać. Ruszyliśmy więc dalej, a Patrick postanowił iść z nami. Na lunch zatrzymaliśmy się przy głośnym wodospadzie zaraz za wioską.

Do kolejnego kampingu szliśmy prawie 3 godziny. Tutaj Patrick zakończył dzień, a my przeszliśmy przez rzekę do kolejnego zamieszkanego domku. Wymagało to zejścia ostrym klifem w dół i wspięcia się w górę. Ale wciąż mieliśmy siły. Dotarliśmy do campingu - ekologicznej farmy mango i avocado, ale nas nie przekonała. Po godzinie marszu zobaczyliśmy kolejny domek, kilka zabudowań gospodarczych, wysoką trawę i dwa pieski: szczeniaczka i peruwiańską Muszkę. W małej chatce mieszkała maleńka starowinka, a w malutkim sklepiku, wyglądającym jak szopka, młody chłopak sprzedawał najpotrzebniejsze rzeczy: słodycze, piwo, colę i rum. W dole szumiała woda bystrej rzeki. Były też dwa stoliczki z zadaszeniem i prysznice z zimną wodą - więcej niż się spodziewaliśmy! Zatrzymaliśmy się. Szliśmy już ponad 10 godzin, najwyższy czas rozbić pałatkę. Camping minęło jeszcze kilku wędrowców, ale nikt się nie zatrzymał. Mogliśmy biegać pod prysznic w ręcznikach 🙂 Po chwili zaczął kropić deszcz, schowaliśmy więc namiot pod zadaszenie. Ale młody pan ze sklepiku, zbierający się do swojej oddalonej o 5 km wioski, powiedział, że deszczu nie będzie. Zaraz przejdzie. Jak się trochę uspokoiło, przeszliśmy na swoją miękką trawkę. A w nocy rzeczywiście nie padało.

Wstaliśmy wcześnie rano i ruszyliśmy dalej. Trasa była mokra, ślizgaliśmy się w błotku nad przepaściami, myśląc o sprzedawcy z małego sklepiku, który wracał do domu po zmroku tą sama trasą... Ludzie tutaj mają nadprzyrodzone moce i żadnego lęku wysokości.

Tego dnia szliśmy wyjątkowo zurbanizowaną ścieżką pełną siedlisk ludzkich. Zatrzymaliśmy się w jednej z wiosek na śniadanie. Była tu Lucmabamba - wioska, słynąca z uprawy kawy. Co drugi domek produkuje tutaj swoją własną kawę i miód. Są też plantacje avocado i mango i to wszystko czuć w miodzie, który też jest specjałem okolicy. Tutejsza kawa smakuje intensywniej, jest trochę bardziej kwaśna niż ta, do której przywykliśmy. 

Zjedliśmy śniadanie przy kawie w otoczeniu drzewek kawowych. Pani, która parzyła napój, wytłumaczyła nam cały proces jego przygotowania, od uprawy po zaparzanie. Było zielono i pięknie 🙂 Świadomość, że przed nami najtrudniejsza tego dnia część wspinaczki uruchomiła podświadomy eskapizm i nieco się zasiedzieliśmy w tym przepięknie pachnącym miejscu. Przed wyruszeniem okazało się jednak, że niepotrzebnie włączyliśmy mechanizm obronny. Zostaliśmy pozytywnie nastrojeni przez panią, która tonem najbardziej wiarygodnego eksperta powiedziała, że nie jest bardzo stromo i że idzie się około 40 min.

Wlekliśmy się dwie godziny... Osiągnęłam stan, w którym na usta cisnęło mi się tylko jedno słowo: litości, coś co nawet w Kanionie Colca nie padło. Zaaplikowałam sobie dawkę glukozy w postaci połowy snickersa i ruszyłam do przodu. Patro za to dawał radę, wydawał się w ogóle nie być zmęczony.

Po kilkudziesięciu minutach wdrapaliśmy się do Llactapaty, skąd rozciągał się widok na Machu Picchu. Nieopodal znajdowały się maleńkie inkaskie ruiny. Tam zjedliśmy i spotkaliśmy Patricka, który rano zaspał, a potem cały dzień próbował nas dogonić. Był zdecydowany przenocować na campingu z widokiem na Machu Picchu.

My ruszyliśmy dalej. Wiedzieliśmy, że od teraz będzie cały czas w dół. Ale nie było tak lekko i przyjemnie, jak sobie wyobrażaliśmy. Wczorajszy deszcz dotarł i tu. Było sporo błotka i musieliśmy iść ostrożnie na wciąż ugiętych kolanach. Zmuszały nas do tego wizje spektakularnych upadków przemykające przed oczami na widok dramatycznie rozjechanych śladów przedwędrowców.

Doszliśmy w końcu do płaskiego terenu, a stamtąd do Hydroelectrici. Campingi w miasteczku były cholernie drogie, a wiedzieliśmy od Cieni, że hospedaje w Aguas Calientes są dość tanie. Do miasteczka zostało jeszcze 12 km. Dostaliśmy ulotkę campingu znajdującego się w połowie drogi i postanowiliśmy, że gdy opadniemy z sił, tam się zatrzymamy.

Szliśmy wzdłuż torów, które okazały się bardzo uczęszczaną trasą. Mijaliśmy ludzi z plecakami, bez, grupy turystów, lokalnych, rodziny z dziećmi, nastolatków. Ruch jak na Marszałkowskiej. Po dojściu do campingu, znajdującego się w połowie trasy, okazało się, że ceny są idiotyczne. Na szlaku płaciliśmy nic bądź 5 soli za namiot. Tutaj życzyli sobie 10 soli za osobę - 4 razy więcej. Poszliśmy dalej. Zostało jakieś 6 km do miasteczka, ale już robiło się ciemno. Na szczęście nie byliśmy sami. Za nami, a później przed nami, szła grupa 4 chłopaków z Chile.

Doszliśmy do miasteczka już w ciemnościach. Pierwszym oznakiem cywilizacji była ogromna myjnia i dziesiątki autobusów. Wszystkie szykowane na poranny kurs na Machu Picchu dla turystów, którzy nie chcą się spocić. Dalej nastąpił rząd hoteli z białego kamienia, wyglądający jak luksusowe osiedle. Zupełnie nie pasowało do obrazu Peru, jaki znaliśmy. W końcu, nieco wyżej, stało się bardziej realnie, choć wciąż nie peruwiańsko. 

Hospedaje odnalazło nas same. Wchodząc do cywilizacji zostaliśmy zasypani ofertami, większość z nich w cenie campingów w Hydroelectrice. Poszliśmy do jednego z oferowanych lokum, ale okazało się koszmarem. Zatęskniliśmy za namiotem. Nad naszym pokojem znajdowały się żelazne schody, po których wciąż ktoś wbiegał i zbiegał, a ok. 1:00 w nocy wprowadził się lokator, który godzinę rozmawiał w łożku przez telefon. Po uciszeniu wszystkich dookoła jakoś zasnęliśmy, a rano już nas nie było.

W nagrodę za przejście Salkantay w 2 dni dostaliśmy cały dzień wolny w Aguas Calientes. Wynajęliśmy pokój blisko term i spędziliśmy w nich kilka godzin. Mięśnie po przebyciu 36 km poprzedniego dnia, ciągle pod górę lub ostro z górki, nie pozwalały nam normalnie się poruszać, dopiero w ciepłej wodzie poczuliśmy ulgę.

Odnaleźliśmy pyszną tanią knajpkę z pełnym menu, czyli dwudaniowym obiadem serwowanym z chichą moradą - pysznym peruwiańskim kompotem - za 7 soli, a potem ledwo doczołgaliśmy się do Muzeum Machu Picchu, które znajduje się tuż przed wejściem na szlak, jakieś 2 km za miasteczkiem. W nagrodę za nadludzki wysiłek wstęp do muzeum był wolny (po 13:00 zawsze jest). Całe popołudnie obserwowaliśmy życie miejskie, które toczyło się na boisku ulokowanym w samym centrum, tuż przy głównym deptaku łączącym dwie części miasteczka oddzielone rzeką.

Hospedaje, które znaleźliśmy tego dnia było bardzo komfortowe. Mieliśmy prywatną łazienkę i kompletną ciszę wokół. Wypoczęliśmy, wyspaliśmy się, a rano o 4:30 ruszyliśmy na Machu Picchu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *