Życie po Machu Picchu

Życie po Machu Picchu

Aby wrócić do Cusco, musieliśmy po raz drugi pokonać 12-kilometrową trasę wzdłuż torów. Nasze dziarskie tempo już po 3 km pozwoliło nam dogonić starego kolegę z Salkantay -  Patricka, który po treku trochę niedomagał, lekko się rozchorował i teraz wlókł się już godzinę. Pomogliśmy mu złapać tempo 😉

Doszliśmy do Hydroelectrici szybko, bo w niespełna godzinę, ale bus czekał z odjazdem na komplet pasażerów. Przy torach było mnóstwo straganów z przekąskami, a nawet z ciepłą żywnością, poszliśmy się więc posilić. Kierowca sam po nas przyszedł, gdy nastąpił czas odjazdu. Pełna obsługa! W ogóle nie trzeba się pilnować.

Do Cusco jechaliśmy sześć godzin. Najpierw mijaliśmy trasę, którą znaliśmy z drugiego dnia marszu po Salkantay, potem zajechaliśmy do sennej mieścinki, w której czekaliśmy na przesiadkę. Gdy nadjechał kolejny bus, z zupełnie innym kierowcą, zaczęło być niekomfortowo, choć pięknie przyrodniczo. Jechaliśmy wsród egzotycznej roślinności, jakbyśmy znowu znaleźli się w dżungli wysokiej. Wjeżdżaliśmy coraz wyżej, aż osiągnęliśmy teren pokryty śniegiem i łysy jak na Islandii. Znowu czuliśmy, że zmieniliśmy porę roku w ciągu zaledwie kilku godzin.

Było stromo i wąsko. Na poboczach stały krzyże. Kierowca przeżegnał się przy jednym z nich i wspomniał, że kilka tygodni temu na tym właśnie zakręcie w przepaść spadł bus z pasażerami na pokładzie... I na tym jego refleksja się skończyła. Przez całą drogę człowiek, który wiózł 20 osób w małym, wywrotowym busie, rozmawiał intensywnie z siedzącymi z przodu dwiema kobietami z Kolumbii. Nie tylko rozmawiał. Z piskiem zatrzymywał auto, gdy na drodze stał ktoś, kto sprzedawał kokę (dziewczyny gromadziły zapasy), oglądał zdjęcia na telefonach pań, a nawet, nad tymi przepaściami, przyglądał się banknotom z różnych krajów. W ogóle nie patrzył na drogę. Miałam ochotę, jak ciocia Krysia na filmie katastroficznym, wstać i wyjść z nerwów z pokoju. Patro udawał trwadziela, choć po chwili też zaczął się wiercić na zakrętach. Na szczęście gdy dojechaliśmy do Ollantaytambo, skończyły się przepaści.

Planowaliśmy tu wysiąść i zwiedzić kolejne ruiny. Skończyło się na krótkim spacerze po miasteczku podczas postoju busa i powrocie do Cusco - w miasteczku turystów było więcej niż na Machu Picchu. Ale ruiny i wąskie kamienne uliczki wyglądały imponująco.

Dojechaliśmy do Cusco późnym wieczorem. Doszliśmy wszyscy troje do dobrze nam znanej knajpki wegetariańskiej, ale tym razem było już za późno na najlepsze smakołyki. Ruszyliśmy po nasze rzeczy do backpackersowego hostelu, stamtąd zamówiliśmy bardziej spokojny nocleg, a później szukaliśmy go dobre dwie godziny, błądząc po pagórkach Cusco ze wszystkim, co posiadamy 😀 Hostel, jak się okazało, znajdował się w miejscu, obok którego przechodziliśmy sto razy, ale był nie do odkrycia - nie miał szyldu i ukrywał się za żelazną, garażową bramą. Weszliśmy tam po 22:00 wymęczeni. Rano przy śniadaniu właściciele tłumaczyli, że nie mogą powiesić szyldu, bo miasto nie udzieliło im pozwolenia. W całym Peru na poziomie lokalnym rządzi okropna korupcja, przez co bardzo ciężko jest utrzymać mały biznes. Ilość pieniędzy spływająca do najbardziej turystycznego miasta w kraju nie jest odczuwalna przez przeciętnego mieszkańca miasteczka, przez co wielu ludzi złoszczą zatłoczone ulice i najazdy turystów. Właścicielka hospedaje była bardzo pesymistyczna, mówiła, że nie ma szans na poprawę sytuacji, bo ludzie głosują na każdego, kto przed wyborami wciśnie im paczkę cukru (takie peruwiańskie 500+).

Tego dnia poszliśmy do lokalnej knajpki poleconej przez naszych gospodarzy. Była tak ukryta, że nawet wygłodniały pies by nie trafił. A może by nie chciał - wszystko było smażone na głębokim oleju, same mięcha i ryby. Ciężkie, niesmakowicie pachnące żarcie. Spróbowaliśmy też chichy - tradycyjnego napoju Inków, ale przejętego przez nich od innych kultur. Smakowała bardzo drożdżowo. W smaku dominowały truskawki. Alkohol czuć było bardzo delikatnie, tak jakby wynikał z ledwo rozpoczętej fermentacji. Później dowiedzieliśmy się, że początkiem wyrabiania napoju jest żuta przez kogoś kukurydza... Dobrze, że nam nie posmakowało, bo mielibyśmy nie lada dylemat 🙂

Planowaliśmy ulotnić się z Cusco następnego dnia, ale przechodząc rano wąskimi uliczkami w poszukiwaniu straganów z owocami, zobaczyliśmy bardzo ładny hostel i w dodatku bardzo tani. Zostaliśmy jeszcze jedną noc, a w dzień poszliśmy na Free Walking Tour. Przewodnik nie pozostawiał wątpliwości, co myśli o historii Peru i kogo wini za dzisiejszy stan kraju. Powiedział wprost, że korupcja to wymysł hiszpański, wsród Inków nie było takiego zjawiska. Na wiele pytań związanych z czasami kolonialnymi nie chciał odpowiadać, mówił, że to zbyt bolesne. Gdy jechaliśmy w stronę pomnika Chrystusa, w którego pobliżu znajdują się też inkaskie ruiny Sacsayhuaman, powiedział, że teraz jedziemy zobaczyć "Bambi of the city" 😀 Zabrał nas też do typowo kolonialnej dzielnicy San Blas, z której rozpościerał się imponujący widok na miasto, ale wyraźnie nie lubił tego miejsca.

Następnego dnia, po ponad dwóch tygodniach w rejonie Cusco, ruszyliśmy do Ici. Nieopodal, dokładnie w Huacachinie, chcieliśmy spróbować sandboardingu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *